Puchar Świata subiektywnie: Lekcja historii na niemieckiej ziemi

0

Witam Was wszystkich w pierwszej odsłonie nowego felietonu pt. „Puchar Świata subiektywnie”. Będę pisał tutaj swoje przemyślenia dotyczące weekendów Pucharu Świata. Nie zabraknie trochę powagi, ale również i humoru. Zapraszam do lektury!

Za nami drugi weekend sezonu 2016/2017. Weekend jakże udany dla naszej reprezentacji! Początek świetny, wygrana Kamila Stocha w kwalifikacjach po świetnym skoku. Dobre skoki pozostałych kadrowiczów pobudzały wyobraźnię jak to może być w pierwszej tego sezonu drużynówce…

Nadszedł dzień sądu – konkurs drużynowy. Wśród faworytów było kilka drużyn. Zwłaszcza Niemcy, którzy kiedyś tam odgrażali się, że u siebie będą mocni. Szczerze mówiąc, typowałem ich na pierwsze miejsce bo w kwalifikacjach pokazali, że faktycznie są mocni. Austriacy także aspirowali do walki o zwycięstwo. Inaczej sprawa się miała ze Słoweńcami, którzy tak na prawdę mają tylko dwóch świetnych skoczków. I to w dodatku braci… Reszta to tak od wielkiego dzwonu, raz skoczy dobrze, raz źle. No i wielką wiarę pokładałem w Polakach. Po świetnych kwalifikacjach i serii próbnej poprzedzającej drużynówkę (bo przecież 2 miejsce drużynowo zapowiadało, że powinno być przynajmniej dobrze, prawda?) liczyłem, że biało czerwoni włączą się do walki o „pudło”.

Nie wiem jak Wy, ale ja strasznie przeżywałem. Przy każdym skoku Polaka stresowałem się, zwłaszcza w drugiej serii. Po pierwszej serii było pięknie. Prowadzenie z dość sporym zapasem punktowym. Niemcy zawiedli, kibice z pewnością liczyli na fajerwerki, a jak się okazało, fajerwerki były ze strony Polaków! To co zrobili w sobotę to był kompletny majstersztyk, czapki z głów. Wygrać z przewagą ponad 40 punktów nad drugimi Niemcami, wyprzedzić Norwegię (taką potegę!) o ponad 100 punktów… Szacun! Szacun zwłaszcza dla Stefana Horngachera, który w niecały rok potrafił zbudować mocny zespół i przygotował dobrą formę już na początek sezonu. A przecież każdy wie, że my początków sezonu nie lubimy i wolimy się rozkręcać, rozkręcać i trafić z formą na Planicę… Teraz już tak nie ma. Na pełnym gazie od początku! Świetny Maciej Kot, dawny Kamil Stoch, bardzo dobrzy Piotr Żyła i Dawid Kubacki, który spiął się na konkurs i oddał chyba najlepsze skoki tej zimy. Brawo! Polacy napisali historię wygrywając po raz pierwszy konkurs drużynowy… i to na niemieckiej ziemi, nokautując gospodarzy o ponad 40 punktów.

Dobra, ale żeby nie było, że piszę tylko o naszych. Szkoda mi było Rosjan, którzy przegrali awans do finału o 0.5 punktu… Na pewno poniżej oczekiwań wypadli Japończycy. Słoweńcy, jak pisałem wcześniej, nie mają czterech zawodników, którzy potrafią skakać na wysokim poziomie. W dodatku młody Prevc w pierwszym skoku ograbił drużynę z szans na podium. Ale za  to w drugiej serii się odkuł i huknął 145 metrów. Swoją drogą, z tym stylem to nie wróżę mu dobrze. Odpukać, ale przybieranie takiej agresywnej sylwetki może się kiedyś źle skończyć. Nieźle Czesi, a Norwegowie… To zupełnie inna drużyna niż przed rokiem. I nie wiem czy jest to powodem braku Gangnesa czy po prostu wchodzą spokojnie w sezon, tak jak my przed laty?

Po konkursie drużynowym przyszedł czas na zmagania indywidualne. Polscy kibice mieli zaostrzone apetyty. I pewnie nie tylko kibice. Przed konkursem chciałem, żeby jakiś Polak stanął na podium i po pierwszej serii to było realne! Świetna pierwsza seria. Maciej Kot na czele, Kamil Stoch drugi, pięciu Polaków punktujących.  Wierzyłem, że oni nie są w stanie tego zepsuć i w Klingenthal usłyszymy po raz drugi Mazurka Dąbrowskiego. Niestety, przeliczyłem się. I choć Kamil Stoch oddał ponownie bardzo dobry skok i do podium zabrakło mu zaledwie 0.3 pkt, to Maciej Kot chyba troszkę zepsuł swój skok. No cóż, kiedyś w końcu wygra. Zwycięzca okazał się sensacyjny… niejaki Domen Prevc. A nie, on już w tym sezonie wygrał. I to inaugurację! Faktycznie. Ale zasłużył chłopak, oddał 2 bardzo dobre skoki, zwłaszcza ten drugi. Na drugim miejscu Daniel Andre Tande, który jako jedyny z Norwegów trzyma poziom. Podium uzupełnił Stefan Kraft czyli lider austriackiej drużyny. Jego kolega Michael Hayboeck niestety mocno popsuł konkurs i nie zakwalifikował się do drugiej serii. Miłym zaskoczeniem było 12 miejsce Mackenziego Boyd Clowesa. Kanadyjczyk wszedł do konkursu z ostatniego miejsca, ale w nim pokazał pazur. Pierwsze punkty zdobył także Amerykanin Kevin Bickner. Descombes Sevoie również ponownie w czołowej „10”. Fajnie, że zawodnicy z tych egzotycznych krajów potrafią skakać na wysokim poziomie i punktują. Oby było tak jak najczęściej! Zaskoczyła postawa starszego Prevca – Petera. Zajął dopiero 22 miejsce.  Były lider PŚ Severin Freund przed własną publicznością też się nie popisał.

Generalnie konkurs indywidualny był naprawdę dobry! Nie tylko dlatego, że Polacy wypadli w nim bardzo dobrze (chociaż niedosyt jest, bo były szanse na dublet) ale także dlatego, że cały konkurs stał na wysokim poziomie. Nie zabrakło dalekich lotów, wzlotów i… upadków (dobrze, że Vojtechovi nic się nie stało, gdy nie podnosił się z zeskoku byłem niemal pewny, że stało się coś poważnego, a tu niespodzianka – wystartował w drugiej serii).

Fakty są takie: na indywidualne podium w Pucharze Świata czekamy już 640 dni (prawie 2 lata dla tych co wolno liczą), Polska wygrała pierwszy w historii konkurs drużynowy i to w jakim stylu, Peter Prevc nie jest sobą, Severin Freund nie lubi skakać przed własną publicznością, no i Domen Prevc jest mocny. Chociaż co do tego ostatniego to mam wrażenie, że do Turnieju Czterech Skoczni, albo zaraz po nim znacznie obniży loty. Ma dopiero 17 lat i wątpię, że przez większość sezonu będzie tak brylował.

I to tyle. Dosyć długo, w następnych odsłonach postaram się pisać mniej ale równie, mam nadzieję, interesująco!

Kolejna odsłona prawdopodobnie po Lillehammer. Chyba, że oba konkursy zostaną odwołane, to wtedy nie.


  • Źródło: Własne
  • FOTO: fis-ski.com

Dodaj komentarz w połączeniu z profilem na Facebooku