Jakub Kot dla SKOKInews.com: „Moim celem jest doprowadzić do tego, by Zakopanem ktoś się zajął”

0
Jakub Kot
fot. Wiktoria Wnętkowska

Były skoczek narciarski, brat Macieja Kota – Jakub, aktualnie jest ekspertem w stacji Eurosport. Jakub zgodził się udzielić nam obszernego wywiadu. Rozmawialiśmy o występie Polskich skoczków na Igrzyskach Olimpijskich, czym aktualnie się zajmuje oraz o nieciekawej sytuacji na małych skoczniach w Zakopanem. Zapraszamy do lektury.

SKOKInews.com: Podczas Igrzysk można było Pana obserwować w roli dziennikarza, eksperta Eurosportu. Jak wrażenia z pełnienia nowej roli?

Jakub Kot: Dziennikarzem się nie nazywam, bo nie jestem dziennikarzem. Zostałem poproszony, zatrudniony przez stację Eurosport, aby na czas Igrzysk być „ekspertem”, bo też nie chcę się nazywać ekspertem, ponieważ są dużo lepsi eksperci ode mnie. Mimo wszystko nie uważam się za eksperta, który wszystko wie, natomiast fajnie, że mogę swoje doświadczenie czy też wiedzę wykorzystać, przekazać ludziom. To też nie jest tak, że już skończyłem, bo ciągle robimy Igrzyska. Dla mnie to o tyle trudna sprawa, że nie mówię tylko o skokach, tylko mówimy praktycznie o wszystkim co się dzieje.

Widziałem, że w studiu jest bardzo luźna atmosfera, dużo żartów, śmiechu…

<śmiech> Mamy generalnie fajną atmosferę poza studiem, bo i z Tomkiem Sikorą i Michałem (Korościelem – przyp. red.) podczas Turnieju Czterech Skoczni robiliśmy Innsbruck, taką próbę. I tam się już dosyć dobrze zapoznaliśmy i teraz spędzamy ze sobą tak dużo czasu, że po prostu nabraliśmy dużo dystansu do siebie. Każdy wie, że żarty to nie obraza kogoś, tylko właśnie taka luźna atmosfera. Staramy się robić coś innego, żeby to nie było sztywne studio, gdzie wszyscy są pod krawatami, tylko coś innego. Mam nadzieję, że nam to fajnie wychodzi.

Za nami już skoki na Igrzyskach. Jakby Pan ocenił te konkursy, a w szczególności występ Polaków? Wypadli zgodnie z oczekiwaniami, czy może jest
niedosyt?

Ja przed Igrzyskami zakładałem, że możemy wywieźć trzy medale ze skoczni. Udało się wywieźć dwa, na tej normalnej skoczni byliśmy o krok, no ale jednak medalu nie zdobyliśmy, liczy się wynik, a nie to, czy straciliśmy pół punktu, czy dwadzieścia punktów do medalu. Natomiast świat nie śpi, a ja słyszałem opinie różnych dziennikarzy, że ze skoczni wywieziemy sześć medali. Niestety, to nie są Mistrzostwa Polski, tylko Igrzyska Olimpijskie, gdzie startują też inni. Można było zobaczyć, że i Norwegowie trafili super z formą i Niemcy, więc to było wiadomo, że nikt tego medalu nam za darmo nie da i ten
pierwszy konkurs to był trochę kubeł zimnej wody. Wszyscy się już cieszyli, że dziesięć medali, a tu wychodzimy bez żadnego. Taki jest urok sportu, tu nie ma nic za darmo. Konkurs faktycznie, był jaki był, ale to są skoki, tutaj wiatr może mieszać. Mi się bardzo nie podobały reakcje różnych osób, czy kibiców, którzy od razu zarzucili, że Wellingerowi złoto się nie należało, Johanssonowi brąz również. Fajnie, że w kolejnych konkursach potwierdzili, że naprawdę trafili z formą, a nie, że to był przypadkowy występ. Oczywiście były już komentarze, że „co Johansson robi na podium?” Ale ja się pytam, to co, on nie może wygrać, nie może zdobyć medalu? I fajnie, że też potem skakał w drużynie, w indywidualnym konkursie na dużej skoczni też skakał bardzo dobrze, czym udowodnił, że to nie był przypadek, że zdobył medal. Dla mnie też to była niespodzianka, ale nie można zdyskredytować, że on nie wygrał Pucharu Świata, a Stoch wygrał 26 pucharów. Ale co to ma do rzeczy? Wynik to jest wynik.

To prawda, jednak po konkursie na dużej skoczni też było dużo głosów, że Wellinger skoczył dużo dalej, a jednak skończył za Kamilem Stochem…

No więc właśnie, ja to podkreślałem po skoczni normalnej, bo wszyscy mówili, że jak to przeliczniki źle liczą. A teraz co, to samo mogą powiedzieć Niemcy na dużej skoczni. Wellinger skoczył 6 metrów dalej od Kamila Stocha i nagle już nikt nic nie mówił, prawda? Mi się bardzo nie podoba takie polskie kibicowanie, że jak nasi wygrywają, to wszystko jest dobrze, a jak tylko coś jest nie tak, to zwalają wszystko na jury, na sędziów… Mi się to bardzo nie podoba.

Przy okazji Igrzysk dużo się mówi o sprzęcie. Polacy przygotowali nowe buty, inni zapewne też mieli jakieś nowinki. Myśli Pan, że sprzęt może faktycznie
pomóc, może spowodować, że zawodnik nagle wskoczy poziom wyżej, czy to tylko taka zagrywka psychologiczna?

To jest wszystkiego po trochu. Generalnie sam sprzęt nie wygrywa, jakbym ja założył te buty, to by mi nic to nie dało. Takie nowinki dają różnice na najwyższym poziomie, gdzie jak sami widzimy, decydują detale. Jeżeli wszyscy skaczą blisko siebie, to właśnie decyduje ten detal. Buty same za Ciebie nie skoczą, jeżeli jesteś w takiej formie jak Stoch, Wellinger, to właśnie wtedy te buty mogą dać pół metra, metr, w kombinezonie kolejny metr i już się robi właśnie to, że masz medal albo go nie masz. Oczywiście to są też bardzo duże zagrywki psychologiczne, ponieważ chodzi o to, aby inni mówili „oni mają, a my tego nie mamy” i już w sztabie pojawia się pytanie, że może źle, że tego nie mamy. Szczerze mówiąc, na temat tych butów rozmawiałem z Maćkiem. On, widać, że nie chciał ze mną na ten temat rozmawiać, bo mają oczywiście zakaz, żeby się nie chwalić tym wszystkim, ale nie był przekonany, że dzięki temu wygra medal. To coś na pewno pomoże, ale to skoczek skacze, mięśnie, głowa, a że sprzęt pomaga, to ok, ale sprzęt nie da mi 20 metrów. To ja muszę skoczyć, aby w razie czego inni mówili o tym, że „my coś mamy” lub „my tego nie mamy”. Więc to jest wszystko naraz, i zagrywka psychologiczna i pomoc mimo wszystko, ale najważniejsze dalej robi człowiek i jego dyspozycja.

Wspomniał Pan o Macieju. Wydaje się, że cały sezon skacze on poniżej swojego optymalnego poziomu. Jak Pan myśli, taki słabszy sezon może mu pomóc,
sprawić, że w przyszłym sezonie ponownie wskoczy do czołówki i zacznie wygrywać?

Szczerze mówiąc nie wiem. Wiadomo, że ja na Maćka patrzę zupełnie inaczej, bo to jest mój brat, z którym rywalizowałem w przeszłości i wiadomo, że ja bym mu życzył, żeby on wygrywał puchar za pucharem, zdobywał medale, ale sami wiemy, że to nie jest jeszcze możliwe. Myślę, że Maciek musi się cieszyć z tego, że przywozi medal olimpijski, bo ten sezon nie układa się po jego myśli. Ja też czułem, że poprzedni sezon był dla niego super, nareszcie stanął na podium, wygrał zawody Pucharu Świata, wszystko złożyło się bardzo dobrze, ale aktualny sezon już od początku nie układał się po jego myśli. Bałem się nawet, czy on się do tej drużyny załapie, bo Piotrek (Żyła – przyp. red.) też w Willingen wyskoczył. Cieszę się, że ten medal zdobył, aczkolwiek napewno też czuje niedosyt, bo jeżeli jesteś na podium Pucharu Świata, to najlepiej jakbyś z niego nie schodził. A jeżeli jesteś nagle na miejscu 18, 20, 17, to nie ma co ukrywać, są to kiepskie wyniki dla niego, ale sport uczy cierpliwości, pokory. Zobaczmy co się dzieje z Kraftem, Prevcem, co się działo ze Stochem po Soczi. Niestety, człowiek to nie jest maszyna, która może być zaprogramowana na 10 lat do przodu i skacze tak cały czas. Tak to jest, że człowiek gubi formę, potem ją odzyskuje. Mam nadzieję, że ten medal da Maćkowi dużo nowej siły, chęci i wiary wewnętrznej. W tym sezonie zapewne już ciężko mu będzie załapać się na podium, bo jednak nie skacze tak jak umie, ale może w kolejnym sezonie się uda. Trzeba wierzyć, że to przyjdzie. Wiem, że on lubi współpracę z Horngacherem, że mu się to wszystko podoba. Stefan Hula ma nagle swoją życiową formę, więc mam nadzieję, że i Maciek też znowu będzie mógł się cieszyć ze swoich wyników.

Teraz dużo się mówi, że Heinz Kuttin może stracić posadę trenera Austriaków. Myśli Pan, że Austriacy mogą podebrać nam Stefana Horngachera? Wie Pan coś na
ten temat?

Ja z Polskim Związkiem Narciarskim nie mam nic do czynienia, nie chcę siać plotek, dywagować. Czytałem różne artykuły, że Kuttin jest pokłócony z Austriakami i tak dalej, ale nie ukrywam, że to jest dla każdego dziennikarza gorący temat. Jednak ja bym to wszystko uciął, bo trwa sezon, walczymy o Puchar Świata, mamy parę ważnych zawodów do obskoczenia, aż do Planicy. Myślę, że to po sezonie przyjdzie czas, żeby to wszystko przeanalizować. Moim zdaniem dla Austriaków byłby to błąd, gdyby zwolnili Kuttina, bo za rok są Mistrzostwa Świata w Seefeld, na swojej skoczni, więc gdyby nagle się pozbyli trenera zaraz przed takimi ważnymi zawodami to nie miałoby większego sensu. Ale ja nie jestem trenerem, nie jestem w Polskim Związku Narciarskim więc nie chcę siać plotek. Wydaje mi się, że najlogiczniej by było, aby Horngacher został u nas, bo zaczął coś robić, są efekty, więc każdy by chciał żeby został. Zresztą, zawodnicy również są za nim. Wydaje mi się, że zostanie u nas, ale to nie jest żadna potwierdzona informacja, bo nie jestem w Polskim Związku Narciarskim.

Zdarza się Panu jeszcze skakać?

Ostatni skok oddałem właściwie rok temu. W lutym byłem jeszcze na Uniwersjadzie, potem w marcu udało mi się poskakać na Wielkiej Krokwi. Od tamtej pory nie udało mi się, ale nie ukrywam, że bardzo mnie ciągnie i na pewno jak będę miał możliwość to sobie założę narty, żeby się „przewietrzyć”, poczuć trochę adrenaliny. Jeżeli nie tej zimy to pewnie w lecie, bo mamy nową Wielką Krokiew. Ale na pewno bardzo mnie do tego ciągnie.

Z tego co wiem robił Pan kurs na delegata technicznego. Udało się już go Panu zakończyć, czy jeszcze trwa?

Delegatem technicznym w Polsce już jestem i byłem już nawet delegatem przy okazji zawodów Lotos Cup, więc na arenie Polskiej jestem już delegatem. Natomiast aktualnie jestem w trakcie szerokiego kursu na delegata technicznego FISu, bo tam jest okres dwóch lat, że muszę dwa lata się uczyć, więc teoretycznie w tym roku, dokładnie w październiku pojadę zdawać egzamin. Jeżeli go zdam to będę delegatem FISu, ale egzaminy są dopiero za kilka miesięcy, więc jeszcze sporo czasu przede mną.

Zajmuje się Pan również trenowaniem kobiet.

Tak, w AZS Zakopane jestem trenerem młodych dziewczyn, mam grupkę pięciu-sześciu dziewczyn w wieku 10-13 lat, które dopiero zaczynają swoją przygodę. Musiałem coś robić, więc klub mi pomógł, wyciągnął rękę i dał mi taką grupę dziewczyn, więc na razie się tym zajmuję.

I myśli Pan, że są to perspektywiczne dziewczyny, które mogą w przyszłości osiągać sukcesy, czy na razie nie da się tego wyrokować w stu procentach?

Na pewno są perspektywiczne. Dobrze mi się z nimi pracuje, mamy super atmosferę, są to dziewczyny, którym się chce. Jest mi jednak przykro na to patrzeć, bo gdy trenujemy na starych skoczniach w Zakopanem, które są bez wyciągu to mi tych dziewczyn szkoda. One do mnie przychodzą z pytaniami typu „trenerze, kiedy będzie wyciąg?” i tak dalej. A co ja mam im powiedzieć? 5 lat nie ma wyciągu, to nie łudźmy się, że nagle nam go uruchomią. Te dziewczyny naprawdę chcą i jest mi ich po prostu szkoda. Szkoda tych dzieci, które chodzą na treningi. My robimy po 4-5 skoków, a w Szczyrku w tym czasie byśmy zrobili 15
skoków. Tylko kogo stać na codzienne jeżdżenie do Szczyrku na treningi z malutkimi dzieciakami, które chodzą do szkoły w Zakopanem? Nie ma to sensu. Ja się boję, że
one same za jakiś czas zrozumieją, że to nie ma sensu i skończą kariery.

A nie ma żadnych nacisków na Polski Związek Narciarski, żeby w końcu ten wyciąg uruchomić, albo w ogóle żeby te skocznie przebudować?

Od 5 lat wyciąg jest nieczynny. Dla mnie to jest skandal jakich mało i dyrektor COSu, który odpowiada za skocznie, bo to jest teren COSu, powinien zostać natychmiastowo wezwany na dywanik i zdać relację. Polski Związek Narciarski o tym wie, wszyscy o tym wiedzą i nic z tym nie robią. Ja jestem „szarym człowieczkiem” i mogę poprosić kolegę, który jest dziennikarzem, by to nagłośnił, ale nic więcej nie mogę zrobić. Płakać się chce, że przyjechali dziennikarze, zrobili głośne artykuły i co? Za 2 tygodnie wszystko ucichło i znowu mieli wszystko gdzieś, dalej tego wyciągu nie ma, nie ma perspektyw żeby był, śmieją się nam w twarz i to jest przykre. Miałem okazję porozmawiać przez telefon z Adamem Małyszem, by powiedzieć mu co się dzieje z Zakopanem, a on powiedział „Kuba, ja dobrze o tym wiem, ale nic nie możemy zrobić. Ja też załamuję ręce”. Więc jeżeli Adam Małysz i inni nie mogą z tym nic zrobić, to przepraszam, kto może? To naprawdę skandal, że Zakopane umiera na naszych oczach i my nic z tym nie robimy. I tak jak powiedziałem ostatnio na antenie Eurosportu. Jest Puchar Świata w Zakopanem, przyjeżdża prezydent, minister sportu, ale nie chce im się za przeproszeniem ruszyć 300 metrów dalej na te skocznie, gdzie rodzą się talenty. Tam już nie ma nikogo, te skocznie leżą odłogiem i nikt nie zajrzy, żeby się zapytać „co tam się dzieje?” lub „czy tu trenujecie?”. Każdy idzie tam gdzie jest publiczność, media, telewizory i tak dalej, ale już tam gdzie te talenty się rodzą, to już nikomu się nie chce ruszyć i zobaczyć, że tam wszystko umiera. I o to mam pretensje, bo jeśli Apoloniusz Tajner mówi w studio, że to jest sukces, że 10 zawodników skacze, a nie wykorzystujemy pełnej kwoty, cieszy się że wszyscy wchodzą do konkursu, a odpada siedmiu zawodników – Kazachowie, Rosjanin i Estończyk, to dla mnie to jest po prostu mylenie się z prawdą.

Nawiązując jeszcze do Pana przyszłości. Wiąże ją Pan z funkcją delegata technicznego, trenera, czy może jeszcze nie jest Pan pewien?

Nie wiem. Życie pisze różne scenariusze i trudno jest mi coś planować. Wiem, że swoimi słowami obecnie się narażam wielu ludziom w Polskim Związku Narciarskim, więc na pewno sobie trochę wrogów narobię. Już dostałem od razu jakieś nieprzyjemne telefony, maile po swoich wypowiedziach. Uznałem jednak, że jeżeli mam możliwość, to muszę to mówić, bo widzę te dzieci na co dzień, jak one trenują. Naprawdę jest mi tych dzieci szkoda. One na skocznię 60 metrową podchodzą w butach narciarskich, kombinezonach, dwumetrowych nartach. Normalny człowiek tam nie wejdzie w normalnych butach, bo złapie zadyszkę, a co dopiero małe dzieciaczki, gdzie jeszcze 6 skoków trzeba wykonać. Ten trening nie jest efektywny, to nie jest żaden trening. Buty się psują. Za buty płacą kluby, które nie mają pieniędzy i to wszystko się zamyka, więc wolałem to wszystko powiedzieć, żeby ludzie sobie uświadomili, że naprawdę jest niedobrze. Natomiast zdaję sobie sprawę, że narobiłem
sobie trochę wrogów, więc trudno mi teraz liczyć, że znajdę pracę w Polskim Związku Narciarskim, ale też nie wiem czy chciałbym tam pracować, skoro widzę jak to wszystko wygląda. Gdybym był ze Szczyrku to chciałbym to wszystko robić, bo tam mają kompleks, mają szkołę sportową. Ale ja jestem z Zakopanego, swoją przyszłość wiążę raczej z Zakopanem. Karierę na razie odłożyłem na bok, zająłem się szkoleniem dziewczyn, jestem z Zakopanego i moim celem jest doprowadzić do tego, by tym Zakopanem ktoś się zajął. Żeby ktoś odpowiedział za to, co tam się dzieje, bo jeżeli od 5 lat w XXI wieku nie działa wyciąg, to, umówmy się, coś jest nie tak. Jeżeli ktoś nam mówi, bo takie dochodziły słowa od COSu, że „jest ok, trenujcie bez wyciągu, możecie do Szczyrku jeździć”, to taki ktoś powinien od razu stracić pracę i zastąpić go nowym. Chodzą ciche głosy od trenerów, że lepiej zamknąć te skocznie, ogłosić, że one upadły i przynajmniej się nie będziemy męczyć i denerwować.

Dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję, że uda się doprowadzić tę sprawę do szczęśliwego końca i wyciąg w końcu zacznie działać.

Dziękuję. Mam nadzieję, że od marca, czy wtedy, kiedy przyjdzie igelit, przyjedzie grupa dziennikarzy, że zrobimy fajne artykuły o tej skoczni, może akurat uruchomią wyciąg i będzie po wszystkim, mam nadzieję. Ale jakby co to naprawdę trzeba dmuchać na tę sprawę, bo to co się dzieje jest skandalem.


  • Źródło: Własne
  • Rozmawiał: Mateusz Marciniak
  • FOTO: Wiktoria Wnętkowska

Dodaj komentarz w połączeniu z profilem na Facebooku