Nie dajmy się uśpić

0
fot. Kinga Stanaszek

Powiedzieć, że polscy skoczkowie znakomicie prezentują się w lecie, to nic nie powiedzieć. Kamil Stoch i Spółka zdominowali wszystkie konkursy Letniej Grand Prix, w których brali udział. Całe szczęście, że zarówno sztab, jak i sami zawodnicy twardo stąpają po ziemi i nie popadają w samozachwyt. Wyniki z lata przecież nie zawsze ukazują realny układ sił i wcale nie muszę przekładać się na rezultaty w sezonie zimowym.

Wszystko zaczęło się 21 lipca w Wiśle. W upalne sobotnie popołudnie Polacy wygrali konkurs drużynowy, który otwierał letnie zmagania. Przeciwnicy lądując zdecydowanie bliżej od naszych reprezentantów wyglądali jakby skakali w ołowianych kamizelkach. Podczas indywidualnych zmagań w niedzielę biało-czerwoni potwierdzili formę: wygrał Kamil Stoch,

drugi był Piotr Żyła, a tuż za podium uplasował się Dawid Kubacki. W Hinterzarten i Einsideln potwierdziło się, że wyniki z Wisły nie były spowodowane „atutem gospodarza”. Stoch wygrał kolejne dwa konkursy, w tym jeden ex aequo z Żyłą. Reszta ekipy nie chciała być gorsza, przez co momentami mieliśmy do czynienia z otwartymi mistrzostwami Polski. Warto zwrócić uwagę na Jakuba Wolnego, który będąc w cieniu bardziej utytułowanych kolegów, systematycznie robi progres i może zimą pozytywnie zaskoczyć.

Wszystko na swoim miejscu

Najistotniejsze jest jednak podejście zawodników do osiąganych wyników. Z kilkudziesięciu udzielonych w tym okresie wywiadów wyłania się jasny przekaz: MAMY DO CZYNIENIA Z PROFESJONALISTAMI. Oczywiście sformułowania: „Najważniejsze jest realizowanie planu przygotowań, a nie wyniki” mogą nudzić kibica, ale zapewniam, że nie są to piłkarskie frazesy w stylu: „wyciągniemy wnioski” oraz „skupiamy się na najbliższym meczu”. Polscy skoczkowie zdają sobie sprawę ze swojej wartości, jednocześnie pamiętają, że prawdziwa weryfikacja przyjdzie zimą. Wysokie miejsca zapewne są pozytywnym bodźce do zmagania się z długimi, i momentami monotonnymi, przygotowaniami, ale niczym więcej. Zresztą, poza Jakubem Wolnym, mówimy o już utytułowanych zawodnikach, więc trudno podejrzewać, by nagle uderzyła im sodówka. Na wszelki wypadek trener Horngacher trzyma towarzystwo twardą ręką, a zawodnicy widząc rezultaty, całkowicie poddają się tej dyktaturze. Pewność siebie, niebędąca pychą czy bufonadą, dobrze rokuje na kolejne miesiące. Drobny niepokój może wywoływać dyspozycja Maćka Kota. Miejsca 11, 17, 27 to nie tragedia, jednak ambicje i potencjał tego zawodnika są zdecydowanie większe. Od dawna dochodzą informacje, że Zakopiańczyk ma problem z uciekającą prawą nartą. Trudno ocenić czy to poważna sprawa. Skoki oglądają miliony, ale poza trenerami i zawodnikami nikt nie wie dlaczego skoczek skacze daleko lub ląduje tuż za bulą. Na pewno jednak fakt, że o tym złym nawyku technicznym słyszymy prawie dwa lata, nie nastraja optymizmem. Może warto się zastanowić, by do pracy z Maćkiem zaangażować trenera Maciusiaka, któremu udało się wskrzesić skoczka, kiedy ten został przesunięty do kadry B.

Zabawa zaczyna się zimą

Skoro o kadrowiczów możemy być względnie spokojni, to pozostaje tonować oczekiwania kibiców. Choć Polacy faktycznie w pierwszej części lata zlali konkurentów, to pamiętajmy, że kilku poważnych graczy nie bierze udziału w LGP. Są to między innymi Daniel Andre Tande, Peter Prevc, Kenneth Gangnes i Severin Freund. Wszyscy czterej, po mniejszych lub większych perypetiach zdrowotnych, szykują się na zimę. Freund i Gangnes przez kontuzje stracili cały poprzedni sezon. Po tak długim rozbracie ze skocznią trudno przewidzieć, co zaprezentują po swoim powrocie. Nikt jednak nie ma wątpliwości, co do ich potencjału. Kontuzja Prevca zbliżona jest do tej, przez którą Kamil Stoch musiał odpuścić pierwszą część sezonu 2014/2015. Zabieg kostki przebiegł pomyślnie i Słoweniec spokojnie zdąży na start zimowego sezonu. Dużo poważniejszy jest powód absencji Tandego. Mistrz świata w lotach w maju zachorował na zespół Stevensa-Johnsona. Jest to bardzo silna reakcja skórna, która bez szybkiej diagnozy i właściwego leczenie może doprowadzić do śmierci. U Norwega skończyło się na stracie kilku kilogramów, poważnym wycieńczeniu organizmu i dwóch tygodniach spędzonych w szpitalu. Choroba wykluczyła go na dłuższy czas z przygotowań do sezonu. Pierwszy raz na skoczni pojawił się dopiero kilka dni temu. Zapowiedział jednak, że zamierza być gotowy na start Pucharu Świata w połowie listopada.

Lato = zima?

Wróćmy jeszcze do powiązań między wynikami osiąganymi latem, a formą w zimie. Przez lata narosło wiele mitów na ten temat. Jeszcze w erze Małysza komentatorzy zapewniali, że jedno nie ma z drugim nic wspólnego. Od kilku lat słyszymy natomiast, że kto jest mocny latem, będzie mocny zimą. By wyleczyć się z tej schizofrenii, zapytałem o tę kwestię Łukasza Kruczka. Trener, bez dorabiania wielkich teorii, stwierdził, że na podstawie letnich występów w żaden sposób nie można zakładać, iż zawodnik będzie prezentował się tak samo na śniegu. Pewnym wyznacznikiem mają być dopiero ostatnie październikowe konkursy na igielicie. Pomijając kwestie czysto sportowe, wydaje się jednak, że wyniki LGP mogą mieć istotne znacznie, szczególnie dla mnie utytułowanych zawodników. Dobre rezultaty latem rodzą pewność siebie i przekonanie, że jest się gotowym do walki z czołówką. Historii zna dziesiątki przykładów, gdy takie psychiczne odblokowanie, z zawodnika przeciętnego tworzyło nagle dominatora. Sądzę, że nieprzypadkowo Dawid Kubacki i Maciej Kot swoje najlepsze zimowe triumfy święcili, właśnie tuż po wygraniu klasyfikacji generalnej Letniej Grand Prix. Powyższe gdybanie można skwitować cytatem z Artura Ashe’a: „Pewność siebie jest kluczem do sukcesu. Kluczem do pewności siebie jest przygotowanie”.

Autorem artykułu jest Łukasz Szymura, twórca kanału „STYL V” na youtube.com.


  • Źródło: Własne
  • Autor tekstu: Łukasz Szymura
  • FOTO: Kinga Stanaszek

Dodaj komentarz w połączeniu z profilem na Facebooku